czwartek, 22 października 2015

dwa domy

Mam dwa domy. Jeden jest tu, a drugi jest tam. Wszędzie jestem u siebie i nigdzie nie jestem. Kiedy jestem tu, tęsknię za swoimi starymi ścieżkami, drogami, tak dobrze znanymi, za ludźmi, od zawsze. Za zgnilizną  miasta, za bramami, za dziwadłami na każdym rogu. Tak bardzo nie lubiłam tego miejsca, wiecznie narzekając, a teraz stało się czymś w rodzaju Ziemi Obiecanej, o ironio! Nie lubiłam Łodzi i moja radość była tym większa im dalej byłam od tego miasta. Chyba coś w tym jest, że miejsca, które mamy na co dzień w końcu nam tak zbrzydną. A teraz wszystko przypomina Polskę.
 Zapach koszonej trawy, kojarzy  się z lipcem. Kwitnące lipy, przenoszą do alei obok domu  rodziców. Smaki, zapachy dzieciństwa. Jesienią prażę jabłka z cynamonem, najzwyklejsza szarlotka staje się najlepszym deserem. 

Poczucie dysonansu, które nie towarzyszyło do razu, lecz przyszło  z czasem. Poczucie przynależności do dwóch miejsc, a jednocześnie obcości wszędzie. Kiedy jestem tu, nacisnęłabym guzik i teleportowała się do ojczyzny. Kiedy jestem tam,po pierwszych dniach euforii, wkrada się tęsknota za domem. Za słońcem, za ludźmi i zwyczajami, do których się przyzwyczaiłam i traktuję jak swoje. A dlaczego nie ma wina, a czemu pije się tyle herbaty. Z drugiej jednak strony duma z tego kim się jest i skąd się pochodzi. A jacy moi przyjaciele są inteligentni, a jakie kobiety są ładne. A ile wódek w sklepie, a jakie dobre śledzie. A chleb! Wreszcie chleb! Z czasem jednak nawet chleb przestaje być tak ważny, staje się bardziej symbolem domu, niż towarem "pożądanym" Ziemi Obiecanej. 

Na wszystkie sprawy zaczynasz patrzeć przez pryzmat tego gdzie jesteś i skąd pochodzisz, polityka, które kiedyś doprowadzała cię do czarnej rozpaczy,dziś wydaje się śmieszna. Nagle okazuje się, że wszędzie jest taka sama. Zmieniają się tylko nazwy partii.  Podejście do kwestii pracy też staje się inne, ciężko jest ciągle udowadniać coś, czego inni nie zrozumieją, że będąc emigrantem nie jesteś gorszy niż osoby stąd. W końcu mało kto, tak dobrze jak ty, wie, iż są ważniejsze sprawy: rodzina, przyjaciele. Przyjaciele, grono kilkunastu zmniejsza się do kilku, może trzech, może dwóch. Każdy żyje swoim życiem, a ktoś, kogo rzadko widzimy, czasem staje się nam obcy. Ci, którzy się ostali, są  naprawdę.

Masz dwa domy. Wszędzie jesteś u siebie i nigdzie nie jesteś.


czwartek, 8 października 2015

gorzkie jak opium

Ciągle o nich myślę, o dziewczynach z Afganistanu. O tych, co wybierają życie mężczyzny, żeby być wolne. O tych, które stają się niewolnicami makowych pól. Czasem chciałabym mniej wiedzieć, ignorancja pozwala żyć spokojnie, spać spokojnie. Nie zastanawiać się nad tym, dlaczego ten świat jest tak parszywy. 


W Kabulu jest ich wiele, nikt nie wie dokładnie ile, bo nie sposób tego sprawdzić. Dzięki temu chodzą po ulicy, mogą pracować, iść do sklepu, uprawiać sport, jeździć samochodem. Mowa o bacha posh, dziewczynkach/kobietach przebranych za chłopców. Gdy w rodzinie afgańskiej nie rodzi się ani jeden syn, czasami rodzice decydują jedną z córek wychować na bacha posh. Wtedy pomaga siostrom, nic jej nie grozi, gdy wyjdzie gdzieś, bez towarzystwa przedstawiciela płci męskiej. Proceder ten jest popularny i akceptowany przez sporą część społeczeństwa, z wyjątkiem radykalnych środowisk, a przez talibów jest ścigany. Problem pojawia się, gdy dziewczynka dojrzewa i rodzina każe jej wrócić do bycia kobietą. Niektóre nie chcą się na to zgodzić, inne pod presją, wracają, ale mają świadomość, że zostaną zamknięte w klatce własnego domu,do końca swojej egzystencji. W reportażu, który widziałam, były przedstawione losy dwóch dziewczynek i kobiety. Najmłodsza, raczej bawiła się tym, niż brała na poważnie, średnia , która jest mistrzynią Afganistanu w tenisie, nie chce być kobietą. Preferuje chodzić w przebraniu chłopaka niż przestać móc chodzić po ulicy, grać w tenisa. Najstarsza zrzekła się wszystkiego, co jest związane z egzystencją kobiety, łącznie z życiem osobistym, żeby tylko nie siedzieć w domu. Gdy wraz z przedstawicielkami innych kobiet afgańskich, pojechała do Europy dawać wykłady, nie wytrzymała presji i uciekła z hotelu. Nie chce wrócić do swojego kraju. "Tu mogę być sobą, nikt na mnie nie patrzy,nie ocenia mnie." Jej rodzice zasmucili się tą wiadomością, ale zrozumieli jej decyzję, zwłaszcza, że kilka tygodni wcześniej talibowie włamali się do ich domu, chcąc ją zabić. 

Jak dalece nieszczęśliwi muszą być niektórzy ludzie, zostawiając za sobą całe swoje życie, ojczyznę, rodzinę, ze świadomością, że już może nigdy do niej nie wrócą, bo ich kraj wydaje się gorszy od piekła.

II

Od stuleci  mieszkańcy Afganistanu, tuż przy granicy z Pakistanem, zajmują się hodowlą maków. Z maków wytwarza się opium. Używane są także do produkcji morfiny, kodeiny i heroiny. Tak było, jest i będzie. USA w ramach profilaktyki antynarkotykowej, kazało zniszczyć afgańskie pola makowe. ( Tak na marginesie, gdy jeden z największych banków amerykańskich Wachovia prał miliardy dolarów pochodzących z przemytu kokainy z Meksyku, problemu nie było, problemem są afgańskie maki.) Ludzie hodujący te rośliny żyją tak od lat, maki hodował ich pradziadek,dziadek i ojciec. Sugerowanie im, że mogą tę hodowlę zastąpić zbożem, jest śmiechu warte, ze zboża zysk jest 17-krotnie mniejszy. To nie region, gdzie można iść do pracy do fabryki. To wsie,pola, góry. Tam niczego nie ma. Wielu biednych rolników pożyczyło pieniądze od handlarzy narkotyków, po to, aby zasiać mak i w ten sposób zarobić na życie. Niektórzy mieli pecha, przyszło wojsko i zniszczyło uprawę. Zadłużeni hodowcy mieli ultimatum: oddasz pieniądze ( 20 000 dolarów) albo zabieramy twoją córkę, ewentualnie syna. Taka uprowadzona dziewczynka zostaje często poślubiona jakiemuś producentowi opium i do końca swoich dni, musi dla niego pracować. Dziewczynki, nieraz 12-letnie są torturowane, wykorzystywane seksualnie, stają się niewolnicami. Kobiety, które wiedzą , że ktoś zgłosi się po ich córki w ramach spłaty długu, ukrywają się, uciekają, starają się tego uniknąć. Jeśli dopadnie cię mafia, nie ma litości. 



Reportaż, który widziałam nazywał się "Narzeczone opium", takie rzeczy dzieją się naprawdę, ale mało, kto o nich mówi. Tego typu programy emituje się po 1.00 w niedzielę lub w poniedziałek, żeby za dużo osób ich nie widziało, żeby za dużo nie analizować, nie móc niczego zrobić, nie myśleć. Myślenie boli, boli czasem aż za bardzo. 





czwartek, 1 października 2015

Disfrutar de la vida/Cieszyć się życiem (nie tylko w Hiszpanii)

-Dziś jest wystawa rowerów  w Madrycie, ciekawe ile kosztuje wejście- zaczął bez pytania. 
Czasem podróż pociągiem, urozmaici ci ktoś, kto po prostu chce pogadać, zwierzyć się, opowiedzieć swoją historię. 

-W przyszłym tygodniu jadę do Pamplony, na fiestę San Miguelito. Pokażę wam filmiki z piłki ręcznej,typowej dla kraju Basków. Piłka dużo waży,jak ktoś dostanie nią  w głowę, to koniec-opowieść snuła się i snuła. 
-Wiem, że jestem nudny, macie cierpliwość, że chcecie mnie słuchać. A w ogóle niedługo kupię sobie hulajnogę elektryczną. 
-Hulajnogę elektryczną-zdziwiliśmy się.
-Tak, widziałem w promocji, kosztuje 800 euro. Będę sobie nią jeździł jak pojadę do Barcelony albo Pamplony. Ludzie to mają różne wydatki, rodzinę, zobowiązania, a ja nie.
-To kupujesz hulajnogę-dodałam.
-Tak, kupuję hulajnogę, wszystko,co zarabiam, to wydaję. Zarabiam 1500 euro miesięcznie, zamiatam ulice i wszystko wydaję, a co. Życie jest takie krótkie, trzeba z niego korzystać, wydaję 1500 euro, jeszcze biorę, co trzy miesiące kredyt i też wydaję te pieniądze.Mieszkam z mamą, mama ma 800 euro emerytury i 
-I też to wydajesz?-przerwał Enrique.
-A jak, 200 euro jej zostawiam na drobne wydatki, ale resztę wydaję na swoje potrzeby i mieszkanie, w końcu to ja się nią zajmuję i z nią siedzę, niczego nie będę dawał braciom. A swoje przeszedłem, bo mama miała depresję. Nie mam szczęścia do kobiet, jak byłem młody, to byłem dobrze zbudowany, ale jestem niski, a kobiety lubią wysokich mężczyzn. Co zrobić. Ale się nie przejmuję, mam czas dla siebie, chodzę na fiesty, korzystam z życia. Bycie w związku jest ciężkie, trzeba iść na kompromis, codzienność, kłótnie, wcale nie jest to takie proste, jak mówią moi przyjaciele. Wiem, że w życiu najważniejsze jest disfrutar* i miłość. - zakończył i wyszedł z pociągu. 





*disfrutar- rozkoszować się, korzystać, cieszyć się
Ciężko przetłumaczyć na polski słowo -disfrutar, a szkoda, bo Hiszpanie bardzo często go używają. Oznacza wszystko, co najlepsze, rozkosz, radość ze wszystkiego, korzystanie z czegoś. "Disfrutar de la vida."- Cieszyć się życiem. Bardzo często to słyszę, dużo częściej niż "sufrir"-cierpieć, czy "quejar"-narzekać. Hiszpanii daleko do raju, ale nawet najbardziej smutni i nieszczęśliwi ludzi potrafią zdobyć się na uśmiech i disfrutar de la vida.

W j. hiszpańskim słowo "stara panna" i "stary kawaler" to: soltero. Czyli ktoś, kto jest sam. Nie ma tak negatywnego wydźwięku jak w j. polskim. Dużo jest ludzi, którzy żyją samotnie, bez zobowiązań, bez dzieci. Nie jest to źle widziane. Nie odczuwasz też presji społecznej, z powodu braku męża, żony, dzieci, rodziny. Kiedyś, za czasów Franco, było inaczej, ale dziś faktycznie ludzie żyją inaczej.